Najciekawsze prace Konkursu na legendę z małej Ojczyzny

Dodana: 9 grudzień 2019 15:27

Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku  przy współpracy ze Starostwem Powiatowym w Białymstoku oraz wsparciu  Wydawnictwa Literatura i Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich zorganizowała konkurs powiatowy „Dawno, dawno temu…, czyli podanie lub legenda z małej Ojczyzny”, adresowany do młodzieży  z klas V-VI szkoły podstawowej. Do udziału zaproszono reprezentantów z filii bibliotecznych nr 4
i 7 Książnicy Podlaskiej z terenu Białegostoku oraz 15 bibliotek samorządowych gmin powiatu białostockiego.

Do konkursu zgłosiło się 38 osób.  Powołana komisja, składająca się z przedstawicieli: Starostwa, Książnicy i Stowarzyszenia Bibliotekarzy dokonała wyboru 12 tekstów literackich, opatrzonych pracami plastycznymi.

Wybrany materiał pokonkursowy opublikowano w broszurze pt. „Dawno, dawno temu…, czyli podanie lub legenda z małej Ojczyzny”. W sumie wyróżniono 24 prace.

Organizator  dziękuje wszystkim  za  owocną współpracę  we  wspieraniu działań projektu. Młodzieży składamy serdeczne podziękowania za udział w konkursie, pomysłowość i różnorodne prace konkursowe. Opiekunom merytorycznym dziękujemy za zaangażowanie i  fachową opiekę nad uczestnikami. 

 

Julia Dziewiątkowska 

„ Skarby Światowida ”

Dawno, dawno temu za czasów Piasta,  ludzie żyli bliżej natury, a ziemią i jej mieszkańcami  opiekowali się bogowie : Łada, Perun, Dażbóg, Weles. Tereny pokrywały nieprzebyte puszcze, świat był pełen zagadek, które rozbudzały ludzką ciekawość i wyobraźnię.

Nasi przodkowie wierzyli, że każde niezamieszkane przez ludzi miejsce: lasy, zarośla, rzeki, jeziora i mokradła opanowane są przez upiory, kikimory, utopki, rusałki, świetliki, ,latańce i chobołdy. By zjednać te wszystkie stwory-upiory i uzyskać ich opiekę, składano im ofiary i odprawiano różne zaklęcia. W miasteczku Choroszcz  takie „rzeczy” też miały miejsce.

W gęstej roszczy ( stąd pochodzi nazwa Choroszcz ) czyli puszczy znajdował się Święty Gaj, a pogańska ludność składała ofiary słowiańskiemu bogowi Światowidowi na pobliskim wzgórzu zwanym Świtkowizną. W magiczną noc zwaną Paliwocka miejscowa ludność zebrała się pod posągiem Światowida, który patrzy w cztery strony świata. To bóg mający władzę nad niebem, ziemią i podziemiami. Rozpalono cztery ogniska, trzaskano z batów, głośno śpiewano, klekotano  grzechotkami, a młode dziewczęta pląsały w rytm muzyki  wystrojone w kolorowe długie suknie i wianki z pierwszych wiosennych kwiatów. Taniec  traktowano jako modlitwę, dzięki której można było kierować prośby do bóstw. Podczas obrzędów mężczyźni okadzali dymem złote posążki bożków ( Łady ,Peruna, Dażyboga i Welesa).

Nagle z oddali usłyszeli krzyki, które były coraz głośniejsze. To był atak  Krzyżaków i wprowadzenie chrześcijaństwa. Zastraszona ludność uciekła do domów. Tylko dzielna Makosza (piękna tancerka z długimi warkoczami ) pobiegła na górę Świtkowiznę  prosić o pomoc boga Światowida. Widziała jak zbliżają się Krzyżacy z pochodniami. Podarła swą długą fioletową suknię , zawinęła złote posążki bogów i zakopała pod starą sosną. Kiedy Krzyżacy przedarli się przez gęsty las i dotarli na szczyt góry, zobaczyli modlącą się Makoszę. Rozwścieczeni ścieli jej głowę za pogańskie modły. Światowid nie pozostał im dłużny, rozpętała się straszna burza z gradem, wichrem i piorunami. Nagle grom z jasnego nieba trafił prosto w Krzyżaków i spalił ich na proch.

Po tym wydarzeniu ludność zamieszkująca Roszcz, pokornie przyjęła wiarę chrześcijańską.

Jednak stare pokolenie wciąż żywo wierzyło w moc Światowida. Kobiety zbierały się o pełni księżyca na Górze Świtkowiźnie  i odprawiały przy ognisku stare rytuały. Ludzie różnie o nich mówili: czarownice, zielarki , guślarki , baby. Od  tego czasu Świtkowiznę nazwano Babią Górą, od spotkań  kobiet .

Kolejne pokolenia poszukiwały złotych posążków, jednak Makosza zwana Matką Ziemią, głęboko je zawinęła w korzenie starej sosny i tak skryła, że do dziś dnia nikt ich nie odnalazł.

Co roku na przesilenie wiosenne Babia Góra pokrywa się milionem małych fioletowo-złotych kwiatków - przylaszczki przypomina nam o odwadze Makoszy i naszych pra pra pra  przodkach.


Krzysztof  Ożarowski

O Marynce, a właściwie o Marynkach

 

Przez wiele lat właścicielami dóbr pietkowskich była rodzina Starzeńskich. To oni zajmowali się całym majątkiem i dbali o okoliczne ziemie. W opinii społecznej uchodzili za ludzi mądrych i dobrych. Szczególnie ceniono panią Starzeńską, którą uznawano za osobę ciepłą, spokojną i unikającą wszelkich konfliktów.

Kazimierz Władysław i Zofia (z domu Ożarowska) Starzeńscy doczekali się dwóch córek: Gabrieli Anny oraz Marii Pauliny. Młodsza dziewczynka była niezwykle podobna do matki. Odziedziczyła po niej nie tylko niezwykłą urodę, ale przede wszystkim szlachetne cechy charakteru. Młodą Marynkę, jak nazywała ją rodzina, fascynował świat roślinności. Uwielbiała przebywać w niezwykle pięknych ogrodach dworu w Pietkowie, ale ceniła też piesze wycieczki do lasów, których dookoła było pod dostatkiem.

Pewnego wiosennego dnia Marynka postanowiła wybrać się do kompleksu lasu, znajdującego się na zachód od dworu. Chciała przyjrzeć się gatunkom drzew oraz sporządzić zapiski na ten temat. Kiedy wychodziła na nieco dłuższy spacer, słońce jasno świeciło. Będąc już dłuższy czas w lesie, dziewczyna usłyszała potężny grzmot. „To wiosenna burza, szybko minie”-  pomyślała Marynka. Jednak burza nie ustawała. Zaczął wiać silny wiatr i padać ogromny deszcz. Dziewczyna bardzo się bała i zaczęła płakać. Schowała się pod drzewem, przymknęła oczy i modliła się o bezpieczny powrót do domu.

Obok wielkiej lipy, pod którą skryła się Marynka przechodził pewien młodzieniec. Usłyszał szloch i ujrzał przepiękną dziewczynę. Zakochał się wciągu sekundy i wiedział, że to miłość jego życia. Od razu zaproponował swą pomoc, jednak Maria odparła, że czeka aż burza się skończy. Młodzieniec odparł: „Zaufaj mi i podaj dłoń. Nim staniemy na skraju lasu po burzy nie będzie śladu”. Maria wahała się tylko chwilę. Podążając za nieznajomym, wesoło gawędziła o przyrodzie. Okazało się, że młodzieniec podobnie jak Marynka bardzo dużo wiedział na ten temat. Z tego powodu dziewczyna poczuła do niego ogromną sympatię. Zatrzymali się przy wyjściu z lasu, a dziewczyna była bardzo zaskoczona, bo kropił jedynie delikatny deszczyk i świeciło słońce. „Przecież to niemożliwe!” szepnęła Maria. Miała przeczucie, że nieznajomy ma coś wspólnego ze zmianą pogody. Młodzieniec nie chcąc wyjawiać swych nadprzyrodzonych zdolności kontrolowania przyrody, zapytał o imię dziewczyny i poprosił o spotkanie. Młoda Starzeńska orientując się, jak późna jest godzina, szepnęła tylko swoje imię i co tchu popędziła do domu. „Marynka, jakie to piękne imię!”- westchnął młodzieniec. – „Od teraz zawsze będę szukał Marynki”.

Los, a właściwie rodzice Marynki zdecydowali, że dziewczyna opuści dwór w Pietkowie, by zdobywać wykształcenie. Dziewczyna nie mogąc zapomnieć o intrygującym młodzieńcu nie raz, nie dwa próbowała iść na spacer do lasu, jednak za każdym razem coś stało jej na przeszkodzie. Nadszedł czas wyjazdu. Marynka ze łzami w oczach żegnała dom rodzinny, a w sercu też tajemniczego młodzieńca.

Natomiast młodzieniec z niecierpliwością czekał na spotkanie z Marynką. Im więcej wody upłynęło w pobliskiej rzece Lizie, tym bardziej tracił wiarę w spotkanie z dziewczyną. Próbował nawet czarów, ale na nic się one zdały, pozbawiły go jedynie wzroku. Chodził zatem po lesie nie widząc nic. Mówił tylko, czy to do drzew, czy do napotkanych ludzi: „Szukam Marynki!”. Okoliczni ludzie od dawna wiedzieli, że chłopak zajmuje się magią i stwierdzili, że taka jego kara. On natomiast nie wypowiadał innych słów, tylko „Szukam Marynki!” i wciąż błądził po lesie.

Starzeńscy natomiast podjęli decyzję o utworzeniu nowego folwarku. Dyskusyjną sprawę stanowiła jego nazwa, ponieważ brakowało pomysłu. Pewnego dnia jedna z osób zajmujących się trzebieżą lasu pod nowy folwark, opowiedziała pani Starzeńskiej, że wśród drzew błąka się młody mężczyzna, najpewniej pomylony, bo powtarza tylko „szukam Marynki”. Pani Zofia jako osoba dobra i troskliwa kazała zająć się młodzieńcem, a nowy folwark nazwać „Marynki”.

Maria Starzeńska natomiast, mając wciąż w sercu tajemniczego młodzieńca, nigdy nie wyszła za mąż.


 

Julia Świstun

TUROŚNIANKA

Dawno, dawno temu w małym, starym domku niedaleko osady Turośń Kościelna mieszkała piękna dziewczyna. Na imię jej było Turośnianka. Wraz z nią mieszkali jej rodzice. Byli bardzo kochającą się rodziną. Panienka miała piękne, długie włosy, koloru brązowego. Charakteryzowała się również tym, że jej oczy były dwukolorowe. Jedno oko było niebieskie, a drugie brązowe.        

W tamtych czasach posiadanie dwóch, różnych kolorów oczu było uważane za zło, a ich posiadacze byli uznawani za dzieła szatana. Turośnianka bała się, że zostanie wyśmiana z tego powodu, dlatego brązowe oko zasłaniała grzywką. Wszyscy mieszkający nieopodal rodziny, zawsze chwalili ich córkę za to, że jest pomocna. Nikt poza jej rodzicami nie wiedział o jej tajemnicy.

Pewnego dnia dziewczynka spotkała się ze swoimi przyjaciółmi. Byli bardzo zgraną drużyną. Mieli nawet zbudowaną wspólną kryjówkę. Leżała ona niedaleko małej rzeczki. Właśnie tam pierwszy raz się spotkali. Grupę przyjaciół tworzyły cztery osoby: Zosia, Antek, Mirek i oczywiście Turośnianka. Tego dnia było bardzo słonecznie, dlatego postanowili pójść popływać. Wszyscy weszli już do wody, oprócz dwukolorowej dziewczynki. Bała się ona bowiem, iż podczas pływania grzywka zamoczy się i przestanie zakrywać oko. Dlatego została na brzegu. Zosia, Antek i Mirek świetnie się bawili w wodzie, pływając od jednego brzegu rzeki do drugiego. Tymczasem Turośnianka bardzo się nudziła. Wydawało jej się, że czas stanął w miejscu. Z nudów usnęła. Kiedy przyjaciele wyszli na brzeg, zauważyli śpiącą przyjaciółkę. Chcąc ją obudzić z głębokiego snu, wpadli na pewnien pomysł.  Najpierw wlali do wiadra wodę, a potem wylali ją na nią. Niestety grzywka odkryła brązowe oko Turośnianki. Dziewczyna szybko się ocknęła. Przed sobą zauważyła trójkę przyjaciół ze zdziwionymi minami. Nagle Antek krzyknął: „Potwór !!!” i pobiegł do domu. Reszta również ze strachu uciekła. Turośnianka została sama. Oprócz tej trójki nie miała innych przyjaciół. Gdy wróciła do domu nic nie zjadła, ani się nie odezwała. I tak minęły trzy dni. Kiedy tylko mama dawała jej coś do jedzenia, ta wyrzucała, gdy tylko matka odeszła. Minęło kilka następnych dni, gdy Turośnianka zrobiła coś strasznego. Poszła nad rzeczkę i powiedziała: „ Rzeko najdroższa, ty mi dałaś przyjaciół, radość, szczęście, zabawę i odebrałaś mi to. Więc i ja ci się oddaję ”. Po czym wskoczyła do wody... Niestety już z niej nie wyszła. Utopiła się w rzece tak, jak jej serce w morzu łez. Kiedy dziewczyna nie wróciła do domu na noc, rodzice zaczęli jej szukać.  Długo jej szukali, ale nie udało im się jej znaleźć.  Po kilku miesiącach znaleźli tylko jej pamiętnik. Był normalny, do ostatniej strony. Napisała na niej te oto słowa:

Drogi Pamiętniczku!

Dziś jest ten dzień. Nie mam już po co żyć. Moi przyjaciele odeszli, więc i ja odejdę. Pójdę dziś nad rzekę, gdzie się poznaliśmy, razem bawiliśmy. Ona dała mi przyjaciół, zabrała ich. Niech więc weźmie i mnie.

Od tamtego dnia minęło już parę lat. Turośnianka umarła, ale jednak została zapamiętana. Rzeka, w której utopiła się dziewczynka, została nazwana jej imieniem, czyli Turośnianką. Do tej pory nie znaleziono jej ciała. Krążą plotki, że połączyła się z rzeką i nie czuje już smutku, ani złości. A ci, którzy dziś spacerują nad rzeką wpatrując się w nią..... może kiedyś coś dostrzegą.

Rzeka Turośnianka przepływa przez Turośń Kościelną i wpada do Narwi.